walking

Zazdroszczę bohaterom „The walking dead”

Kilka miesięcy temu Sanakw pokazał mi „The walking dead”. Kto by pomyślał, że serial podbije moje serce. Krew, flaki, przemoc, strach o jutro i zombie, które w każdej chwili mogą pozbawić cię życia lub zabrać ci to, co kochasz. Oglądając pierwsze odcinki miałam w głowie jedną myśl – ale ci ludzie mają przejebane. Dzisiaj skończyłam czwarty sezon i wiecie co? Zmieniłam zdanie. Jest jedna rzecz, której im zazdroszczę.

Pamiętacie, gdy w drodze do Terminus Bob podchodzi do Sashy i ot tak, po prostu całuje ją w usta? Albo wyprawę Glenn’a i Maggie po zapasy do apteki? Kochali się wtedy pierwszy raz, a praktycznie nic o sobie nie wiedzieli.

Albo scenę, w której Carl i Michonne przeszukują dom? Kobieta opowiada chłopcu o swojej przeszłości i o dziecku, które straciła. To było dla niej swoistym katharsis.

Lub moment, w którym Carol siedząc przed Tyreese’m podaje mu pistolet i przyznaje się, że zamordowała Karen? Mężczyzna przebacza jej.

Albo ciągłe wyrzuty, które robił Carl Rick’owi? Chłopak nigdy nie bał się mówić tego, co myśli mimo iż niejednokrotnie się mylił. W końcu jednak dotarło do niego, jak bardzo potrzebuje bliskości ojca.

Jasne sytuacje, szczere słowa, szybkie decyzje, kierowanie się uczuciami i własnymi potrzebami. Bo tak właściwie, to co ci ludzie mieli mieli do stracenia? Nic. Przecież jutro mogło ich już nie być. Liczyło się tylko to, co dzieje się tu i teraz.

A ty?

Stale szukasz wymówek. Wszystko odkładasz na jutro. Ciągle czekasz na lepszy moment. Na wszystko przecież przyjdzie czas. Masz czas, dużo czasu. Żyjesz w pięknym, bezpiecznym świecie, masz ciepły dom, lodówkę wypchaną jedzeniem, internet umożliwiający kontakt ze światem, nie musisz się martwić, że z łóżka wywlecze cię zombie, a mimo to boisz się bardziej niż bohaterowie „The walking dead”. Boisz się przyznać do błędu. Boisz się powiedzieć to, co naprawdę myślisz. Boisz się wyznać swoje uczucia do drugiej osoby. Czemu? Z obawy przed odrzuceniem, brakiem zrozumienia, brakiem akceptacji. Tego nie wypada zrobić, na to jest jeszcze za wcześnie, a tamtego się po prostu wstydzisz. Pomyśl tylko, o ile prostsze byłoby życie, gdyby chociaż raz na jakiś czas otworzyć się przed drugim człowiekiem. Cieszyć się z drobnych rzeczy i małych sukcesów. Być osobą, która w kłótni jako pierwsza wyciągnie dłoń na zgodę. Przyznać się do porażki, zamiast zawzięcie tworzyć misterny wizerunek nieskazitelnego siebie. Nie przejmować się tym, co ktoś sobie o nas pomyśli. Przeprosić. Podziękować.  Zaprosić na kawę koleżankę z pracy. Czy w końcu powiedzieć swojemu chłopakowi, że jest dla ciebie całym światem.

Czy do tego wszystkiego potrzebna jest apokalipsa zombie? A my się boimy i wolimy milczeć.